Bieszczady od środka (film)
Rajskie. Ujście Sanu do Zalewu Solińskiego. Ile już razy byliśmy tu na rybach? Ale co tam ryby. Przyjeżdżało się tu głównie ze względu na przyjaciół... Tym razem pretekstem były sandacze i sumy. O sandaczach w okolicach Rajskiego wiadomo było nie od dziś, ale sumy? „Facet próbował łowić klenie i zaciął 18-kilogramowego suma. Niby niewielkiego, a i tak ledwo go wyholował. To już któryś taki przypadek na cofce Sanu” – relacjonował przez telefon Marek Piotrowski, wędkarz a zarazem administrator ośrodka wypoczynkowego PGNiG w Rajskiem. Długo nie musiał namawiać.
Off road
Ryby muszą trochę poczekać – to był jedyny wniosek, jaki przychodził do głów członkom naszej wędkarsko-filmowej ekipy po wysłuchaniu planów gospodarza. Marek postawił sobie za punkt honoru pokazanie warszawiakom Bieszczad od środka. I zabrał się do tego nad wyraz profesjonalnie. Następnego dnia dwa samochody terenowe, Ułaz i Toyota, balansowały na skraju skarpy, pnąc się mozolnie w górę Sanu. W pewnej chwili porzuciliśmy rzekę. Stromizna stała się jeszcze większa, a ja zacząłem żałować, że przedłożyłem off road nad wędkarstwo. Krajobraz brazylijskiej dżungli. Zbita zieleń od stóp po niebo. Las, do którego nie sposób wejść bez pilarki spalinowej. Ani się zachwycać, ani robić zdjęć. Koszmar! Pierwsza polana odmieniła nastrój. Ruiny dworu, resztki przepięknie sklepionej piwnicy, szpaler starych drzew wytyczających nieistniejącą już drogę. Kto tu mieszkał? Kto dokonał tych zniszczeń? Bieszczady kryją wiele tajemnic. Jechaliśmy skrajem połonin, przejeżdżaliśmy przez strumienie i niewielkie bagienka. Z jednego z nich wyciągaliśmy Toyotę. Marek zbyt wolno wjechał w błocko, żeby umożliwić nakręcenie ciekawszych ujęć filmowych. I umożliwił. Przejazd samochodami przez San wydawał się być chwilą kulminacyjną. Nie był. Okazało się, że przez rzekę przeprawiamy się jeszcze raz, ale znacznie niżej, przy większych głębokościach. Gdy byliśmy na środku nurtu, po lewej stronie,
w odległości około 200 m, zobaczyłem most. „Przecież trzeba umyć opony” – skwitował moje zdziwienie kierowca.
Spływ
„Musicie założyć kamizelki ratownicze i kaski. Woda nie jest głęboka, ale może nieźle wytarmosić na głazach, kiedy ponton się przewróci” – pouczał nasz przewodnik. Kolejny dzień, kolejna „bezrybna” atrakcja. Tym razem spływ Sanem w pontonach kevlarowych. Dość szybko uczymy się tak manewrować pontonem, by płynął grzecznie dziobem do przodu. Prąd nie jest zbyt bystry, widoki wspaniałe, robi się wręcz sielankowo. Tylko co oznacza ten narastający szum przed nami?
Trzy półmetrowej wysokości progi skalne sprawiają, że wściekły nieoczekiwanie nurt robi z pontonem co chce. Pływadło wiruje jak bąk, nie słuchając wioseł. Jedyne, co można zdziałać, to tak balansować ciałem i uderzeniami wioseł, by nie dopuścić do wywrotki. A dalej San znów łagodnieje, pozwalając podziwiać piękno okolic. Na trzeciej z kolei kaskadzie idzie nam już całkiem sprawnie. Potwierdza się natomiast użyteczność kasku, kiedy nagle dostaję od mojej „współsterniczki” wiosłem w czoło. Wieczorem Marek zaprasza nas na kolację, ale ma pecha. W pierwszej gospodzie kucharz upił się zbyt wcześnie, w kolejnej poszedł do domu. W końcu trafiamy do karczmy łemkowskiej. Zamawiamy pierogi, co rodzi kolejny problem. Nasz fundator nie wyobraża sobie mianowicie jedzenia pierogów bez śmietany. Na ironiczną uwagę restauratora, że śmietanę o tej porze może sobie kupić w Lesku, nie wytrzymuje. „To, że jestem k... z warszawiakami, nie oznacza, że można mi wciskać ciemnoty. Ja tu mieszkam, za tamtą górą, i wiem gdzie chodzić po śmietanę” – wrzeszczy i wychodzi. Po 15 minutach wraca ze śmietaną.
Ryby
W końcu wypływamy na ryby. Z poświęceniem godnym lepszej sprawy zrywamy się przed trzecią. Przy pomoście czeka już na nas pani Ludmiła – najlepsza wędkarka w ośrodku, znająca tę wodę jak własną torebkę. Zapowiada się piękny, upalny dzień... I taki właśnie był. Piękny, upalny, a przy okazji całkowicie bezrybny. Wczesnym rankiem zacinamy kilka niewielkich okonków, ja nawet podprowadzam pod burtę łodzi szczupaczego przedszkolaka. Spotkany na rozlewisku spinningista mówi, że jeszcze wcześniej brały niewymiarowe sandacze. Ot, polska norma. Rozleniwieni rosnącym upałem pływamy po gładkiej tafli ujścia Sanu, podziwiamy krajobrazy, robimy zdjęcia. Nie warto kaleczyć niewymiarowych ryb, a przepływające majestatycznie, spore klenie ignorują nasze wędkarskie wyczyny. Są ponad to. Po południu zmienia się pogoda. Pływający na rowerze wodnym spinningista zacina nieopodal ośrodka sporego suma, ale nie udaje mu się wyholować ryby. Taki to urok wędkarskich wypraw, kiedy ryby są właściwie jedynie pretekstem do spotkań z przyjaciółmi.
powrót
wyszukiwanie artykułów archiwalnych
wyszukiwanie łowisk
przeglądaj komentarze (2)
zaloguj się i skomentuj
Komentowany artykuł: Bieszczady od środka (film)
bezmyślność |
Dodany 2010-01-17 18:55:51 przez basiaterelak [Zgłoś naruszenie] |
zgadzam się z komentarzem. Jak można promować - niszcząc? Co za pomysł robić sobie rajd po lesie samochodem,jak można straszyć zwierzęta.A co na to wędkarze- przecierz takie ryki silników to nad wodą wykańcza psychicznie i z wędkowania nici |
|
niszczenie srodowiska |
Dodany 2010-01-17 14:43:04 przez ac7 [Zgłoś naruszenie] |
jak na ekosystem, narybek i ryby wpływa jazda samochodem terenowym po idealnie czystych wodach sanu i jego dopływach. Samochód mimo wizyty na myjni i naszych starań zawsze będzie wybrudzony pochodnymi olejów, smarów, podwozie zawsze nosi ich ślady więc jak można promować (bo poczytałem te filmy i artykuł jako promocję bieszczadów) w ten nieekologiczny sposób? Uwielbiam bieszczady i odwiedzam je co roku i dlatego taka promocja dla mnie jest nie do przyjęcia. |
|
zaloguj się i skomentuj


